Benidorm

Już dawno nie wybierałam się na dłuższy okres za granicę, również z powodów pandemii, zmian tego, co się dookoła dzieje.

W końcu jednak pokusa zmiany klimatu, i pewne zdarzenia w życiu pchnęły mnie. Wybór padł na lot do Alicante, ze względu wygody ;-). Lot z Poznania – w dodatku dwie znajome osoby były tam w lutym, więc jakieś informacje od nich wydobyłam.

Lot odbył się 8go marca. Z lotniska transferem benniconnect do Benidormu, który dodatkowo zabiera bagaż rowerowy.  Do hotelu dojechałam późno w nocy. Najpierw zaklepałam tam nocleg na 5 dni, a na miejscu miałam szukać noclegu. Jednak zostałam w hotelu do końca pobytu ;-).

W hotelu przebywali głównie emerytowani hiszpanie, dzięki czemu był spokój. Położony w dzielnicy Starego Miasta, kawałek od Nowego, gdzie jest totalny kontrast, mnóstwo turystów i hotele pełne ludzi pijących duże ilości alkoholu i hałasujących.

Tym razem zabrałam ze sobą rower szosowy, jako, że w tym terenie warunki lepsze pod szosę (chociaż na przyszłość bardziej się zorientuję jak to wygląda z MTB).

Pierwsze dni słoneczne, rozeznanie terenu “dookoła”. Niezbyt długie dystanse. Za to w sobotę wycieczka w góry. Spora pętla, w wyższych partiach wietrznie nawet, często brak zasięgu (warto zatem mieć garmina itp.). Cudowne widoki. Kolejny dzień rozjazd do Alicante i powrót pociągiem.

W tygodniu krótkie treningi, w przerwie od pracy ;-).

Po kilku dniach pogoda się zepsuła, zaczęły się deszcze. Pogoda była wtedy lepsza w Polsce. Przez prawie tydzień padało codziennie. Później też sporo deszczowych dni,albo pochmurnych. Sami hiszpanie dziwili się co dzieje się z pogodą. Podobno od 70 lat takiej pogody nie było ;-).

Na rower kiepsko, biegać to i można w deszczu. Były takie dni, że mi było zimno ;-).

Na miejscu szukałam grup rowerowych, ale coś słabo. Oczywiście na trasach mnóstwo kolarzy z różnych krajów świata. W końcu udało się znalezć i w jeden weekend pojechałam na ustawkę, gdzie w szybszej (młodszej grupie) byli prawie wszyscy na rowerach elektrycznych. Pojechałam zatem z wolniejszą grupą “emerytów, ale tempo było ok, uciekali mi na niektórych zjazdach. Mieliśmy jechać za Calpe, ale zebrały się ciemne chmury, więc z samego Calpe wracaliśmy w kierunku Benidormu i pojechaliśmy dalej w przeciwnym kierunku. Jeden Pan z grupy mówił  w języku angielskim. Inny weekend pojechałam na miejsce spotkań, pogoda była ryzykowna i chyba wystraszyła lokalsów, więc pokręciłam się po okolicy, aby mnie nie dopadł deszcz. Później już do końca nie jeździłam z nimi, chyba zmienili godzinę ustawek, bo gdy dotarłam jednego dnia pociągiem do Benissy widziałam ich jadących w przeciwnym kierunku.

Nie ma problemu, aby zabrać rower do pociągu (za rower się nie płaci). Także można rundki zrobić i wrócić albo rowerem, albo gdzieś dojechać i wrócić pociągiem. 

Woda w morzu nie była wtedy za ciepła, pewnie około 15 stopni, jednak co ciekawe i na plus, że o tej porze byli ratownicy. Na plażę miałam 5minut pieszo. Pływałam w piance, ale aby się zamoczyć trochę czasu mi to zajęło. Plaże mają dość szerokie, ale pewnie latem to tu wygląda podobnie jak nad naszym morzem.

W kwietniu już było widać więcej turystów co mnie denerwowało…na same święta Wielkanocne, przepełniony hotel, ale jeśli chodzi o jedzenie, to myslałam, że będzie jakaś odmiana… Jedynie na ulicach ich procesje(z kościoła) zupełnie innego rodzaju niż u nas i trwały wieczorem w godzinach 20.00-23.00.

Najlepsze widoki na wyjeździe to oczywiście te z gór, jednak jak było pochmurno dość i zapowiedź deszczowa w weekend omijałam. 

Pod koniec pobytu udałam się też na wycieczkę na wyspę Benidorm, która polecam!

Ogólnie przez kiepską pogodę miałam więcej czasu aby pobyć “ze sobą” i swoimi myślami, a i porobiłam na miejscu pewne kursy rozwojowe. Sami hiszpanie dziwili się, co to za pogoda w marcu. Przez tylko moje podstawy hiszpańskiego nawet w hotelu(poza recepcją) musiałam się komunikować na tyle ile znam, albo korzystać z tłumacza ;-).

Ludzie w tym rejonie wydają się milsi, niż na Gran Canarii.

W okresie pobytu przejechałam mniej, niż planowane przez pogodę. Wyszło około 1200 kilometrów.