Emocje po CrossDuathlonie w Skokach (26.04.2026) jeszcze nie opadły, więc pora na krótkie podsumowanie. To był mój drugi start w tej imprezie, ale powrót nastąpił po solidnej, 3-letniej przerwie. Czy było warto? Zdecydowanie!

Poranek w Skokach przywitał nas pogodą, która mówiła: „nie mam pojęcia, jak się ubrać”. Zimno, szaro i ten klasyczny dylemat każdego zawodnika: na krótko czy na długo? Ostatecznie postawiłam na zestaw: dół na krótko, góra na długo. Jak się okazało na trasie – strzał w dziesiątkę! Słońce wyszło dopiero po wszystkim, ale w trakcie wysiłku termika była idealna.

Wynik na mecie? 8 minut słabszy niż 3 lata temu. Czy bolą te minuty? Trochę tak, ale spójrzmy prawdzie w oczy:
- Warunki: Straszna susza na trasie sprawiła, że piaski były wyjątkowo „pływające”. Teren nie wybaczał.
- Baza treningowa: 3 lata temu startowałam prosto po 2-miesięcznym pobycie w Hiszpanii. W tym roku hiszpańskiego słońca zabrakło w nogach, a i pierwszy bieg wszedł jakoś ciężej.

Niestety, nie obeszło się bez lekkiej frustracji na trasie rowerowej. Na tych kilku podjazdach, które mamy w Skokach, natrafiłam na „spacerowiczów”. Rozumiem, że brakuje tchu, ale blokowanie ścieżki i brak reakcji na prośbę o zrobienie miejsca to czyste ego. CrossDuathlon to walka, ale kultura na trasie powinna być standardem. Szkoda tych kilku straconych sekund i rytmu.
Na metę wpadłam jako 3. kobieta w klasyfikacji OPEN!
Jednak zawodniczki były sporo szybsze;)
Najlepsze na koniec? Spotkanie znajomych twarzy, wspólne narzekanie na piach i słońce, które w końcu wyszło, żebyśmy mogli w miłej atmosferze celebrować dekorację. Do zobaczenia (mam nadzieję, że szybciej niż za 3 lata)!

