Wyjazd był spontaniczny w każdym calu: bilety na pociąg kupione w dniu odjazdu, a pierwszy nocleg „zaklepany” w ostatniej chwili.Kolejny rezerwowałam już w trakcie podróży.

Moja trasa wiodła niemiecką stroną, od Szczecina do Świnoujścia. Panował tam niesamowity spokój – cisza, brak ludzi. Momentami jechało się wręcz dziwnie, przemierzając dziesiątki kilometrów przez lasy i pola bez spotkania żywej duszy. Upał był spory, więc piłam dużo wody; na szczęście posłuchałam rady koleżanki i zabrałam jej spory zapas.

Około 17 kilometrów przed granicą złapałam „gumę” w tylnym kole. Miałam ze sobą dętkę, łyżki i pompkę, ale w pośpiechu zapomniałam klucza imbusowego, bez którego nie mogłam odkręcić koła. Utknęłam w małej miejscowości. Próbowałam zatrzymać nieliczne osoby przejeżdżające, ale nikt nie był zbyt chętny do pomocy. W końcu, po moich wyraźnych prośbach, jedna grupa się zatrzymała. Bariera językowa utrudniała sprawę, ale pan, który mi pomógł, zlokalizował kolec w oponie. Niestety, nie miał imbusa. Już myślałam, żeby pukać do domów, gdy pod ten, przy którym staliśmy, podjechał samochód – tak właśnie zdobyłam potrzebne narzędzie.

Koło zostało wymienione, ale po tym incydencie zmieniłam plany. Zrobiło się późno, a ja nie miałam już więcej zapasowych dętek, więc zamiast planowanego wcześniej dojazdu do Międzyzdrojów, postanowiłam skończyć dzień w Świnoujściu.


Gdy tylko tam dotarłam, zaczęło kropić, a chwilę później, gdy dojeżdżałam do hotelu, rozpętała się ulewa – podobno nic nie dzieje się bez przyczyny.
W mieście zaczęłam walkę o sprzęt. W „Martes Sport” oferowano mi jedynie dętkę szosową, która nie pasowała do gravela. Byłam już bardzo głodna, więc najpierw poszłam na kolację, a po niej wróciłam do prób naprawy. Niestety, klej w zestawie wysechł. Na szczęście panowie w recepcji okazali się niezwykle pomocni – dzięki kupionemu w Żabce „Super Glue” udało nam się skutecznie załatać dętkę.
Kolejnego dnia, po śniadaniu, ruszyłam na prom i dalej trasą R10. Pogoda dopisywała. W Dziwnowie udało mi się kupić właściwą dętkę od pani wypożyczającej rowery, a za jej radą w sklepie „Mrówka” zaopatrzyłam się w brakujący imbus. Od tego momentu jechało się już znacznie spokojniej, choć miałam świadomość, że po polskiej stronie spotkam więcej osób, a w razie awarii łatwiej będzie o pomoc czy prowiant. Moi rodzice również jechali nad morze i byli już w okolicy; tata dzwonił, gdy zatrzymałam się na obiad w Mrzeżynie, oferując podwózkę w razie załamania pogody. Na szczęście nie musiałam korzystać z pomocy – jedynie w Trzęsaczu, podczas przerwy na kawę i gofra, zrobiło się nieco pochmurno.
Pierwszego dnia pokonałam 147 kilometrów, drugiego 120, docierając aż za Kołobrzeg, do Sianożęt. Z tego wyjazdu wyciągnęłam kolejną lekcję: muszę lepiej przygotować sprzęt, szczególnie mocowanie bagażu, który tym razem obcował o przednie koło (na MTB podczas Velo Dunajec nie miałam z tym problemu).

Podsumowując, był to fantastyczny wyjazd! Bardzo polecam trasę zeSzczecina do Świnoujścia po stronie niemieckiej. Póki co nie mam porównania z naszą stroną, ale to świetny kierunek na gravelową przygodę.
