Ostatnia niedziela czerwca. To już mój trzeci start w zawodach MTB w Chodzieży. Znam tę trasę, wiem, czego się spodziewać, ale tym razem natura przygotowała dla nas wyzwanie, o którym będę pamiętać długo: prawdziwy ukrop.
Przed wyścigiem mądrze przygotowałam domowy izotonik: miód, sól i cytryna. Piłam go już dzień wcześniej, żeby nasycić organizm elektrolitami. Jednak podczas przygotowań do startu przedobrzyłam z miodem. To był błąd – na trasie szybko poczułam, że jest za słodki, co sprawiło, że w gardle miałam straszną pustynię. Odliczałam kilometry do bufetu.
Gdy dotarłam do drugiego punktu żywieniowego, z nadzieją zapytałam o wodę. Usłyszałam, że się skończyła – została tylko cola lub izo. „Czym mam się w takim razie polać?” – zapytałam z bezradnością. Wtedy jeden z wolontariuszy wykazał się ogromnym sercem: wziął swój własny zapas wody i polał mi kark. Dziękuję mu z tego miejsca – wiem, jak ciężko musieli mieć wolontariusze w taki skwar.
W tamtym momencie podjęłam strategiczną decyzję: nie szarżuję. Mimo że widziałam przed sobą zawodniczkę, odpuściłam pogoń. Moim celem było dotarcie do mety w jednym kawałku, a nie „padnięcie” w pełnym słońcu. Widok młodego chłopaka, któremu udzielano pomocy, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że zdrowie jest najważniejsze.
Jako strój startowy wybrałam kombinezon triathlonowy – był to strzał w dziesiątkę! Świetnie odprowadzał ciepło, a na zjazdach przyjemnie chłodził.
Na trasie zdarzyła się zabawna sytuacja. Na jednym z podjazdów minęłam dwie dziewczyny i dwóch panów. Wcześniej zostawiłam swój bidon wolontariuszce do napełnienia wodą. Gdy zatrzymałam się, by go odebrać, powstało małe zamieszanie – nie mogłam go od razu rozpoznać, przez co na chwilę zablokowałam grupę, którą przed chwilą wyprzedziłam.
Z uzupełnionym bidonem (już czystą wodą!) ostatnie 8 km przejechałam znacznie przyjemniej.
Na metę dotarłam jako pierwsza w kategorii Open kobiet. Mój czas był o 5 minut słabszy niż przed rokiem, ale biorąc pod uwagę warunki, spodziewałam się znacznie gorszego wyniku
Po wjeździe na metę priorytetem było chłodzenie: woda z kurka na kark, a potem „mgiełka” w strefie startu. Słyszałam, że z trasy trzeba było „zbierać” kilka osób, które zasłabły – to tylko pokazuje, jak ekstremalne były to zawody. Nawet po wyścigu, podczas krótkiego koncertu, momentami czułam, jakby powietrze stanęło w miejscu. Widziałam wtedy większość osób była „zmulona”
Organizatorzy świetnie poradzili sobie również z wyzwaniem cateringowym – otrzymaliśmy zapakowane ciepłe dania, dzięki czemu jedzenie było bezpieczne i świeże.
To były kolejne świetne zawody za mną.
