Powrót do startów – triathlon w Nowym Dębcu

Ostatni mój start odbył się we wrześniu 2019. Po walczyłam z kontuzją(później kolejną i błędnie diagnozowaną). Za to mam przekrój i doświadczenie w kolejnej dziedzinie i dodam tyle, że ortopedzi głównie kładliby człowieka na stół, albo dawali sterydy…. zamiast współpracować z fizjoterapeutami..

Wiele kontuzji można wyleczyć ćwiczeniami, wymagają one cierpliwości ;-).

Zeszły rok jednak cały czas jeździłam na rowerze, sporo w grupach rekreacyjnie i dalej pływałam.

Start w Nowym Dębcu nie był planowany, był z „doskoku”(jak pewnie będzie większość tegorocznych). Akurat byłam po urlopie, a bliska lokalizacja skusiła. Oczywiście z dwóch dystansów wybrałam dłuższy (1/4 IM), aby sprawdzić czy powróciłam do dawnej formy. Start odbywał sie po południu (nienawidzę takich startów, bo trzeba uważać z jedzeniem, zwłaszcza przed bieganiem…;-)). Ostatni dzień deszczowy, zapowiadał kolejne przelotne deszcze. Po przybyciu na miejsce jednak pogoda okazała się nie taka zła, temperatura nawet idealna na ściganie. Woda za to w jeziorze lodowata (ostatnie noce zimne, w dzień też nie za wysokie temperatury). Po odebraniu pakietu startowego, przebraniu się w piankę, wyruszyłam aby przetestować osobiście wodę… Zresztą zawsze przed startem dobrze jest wejść przepłynąć się chociaż kawałek, aby ciało się przyzwyczaiło.. Wejście nie było łatwe, już samo zamoczenie do kolan (przez stopy wychłodzenie) dawało informację, że woda jest naprawdę zimna… Potrzebowałam trochę czasu, aby się zamoczyć.

Pływanie w trybie „rolling” wskakiwaliśmy do wody po 3 osoby, samo płynięcie było ok, nie czułam, abym się wychładzała. Do pierwszej boi miałam nawet szybkie tempo, później zwolniłam, bo wydawało mi się, że coś z prawą stopą nie tak, co wybiło mnie z rytmu. Sam czas z pływania jednak taki jak zakładany.

Strefa zmian, to… dla mnie porażka(choć ja z tym mam problem :P), po analizie wszystkich kobiet, grzebałam się tam najdłużej. Miałam problem ze ściągnięciem pianki , jeszcze bardziej niż zwykle (przez chipa;))). Zajęło mi wszystko w tej strefie 4,5 minuty. Na swojego starego speca wskoczyłam i ruszyłam w drogę …;-) Wiało, tak wiało ktoś miał rację , że lemondka by się przydała 😉 . Po paru kilometrach zaczęło lać, dosłownie lać, nic na to nie wskazywało.  Było naprawdę nieprzyjemnie. Woda w butach, wiatr, nawet przez moment padał grad, patrzyłam na drzewa i zastanawiałam się, czy gałęzie nie zaczną spadać..brakowało jeszcze burzy..;). Organizm zaczął się wychładzać…Drugie okrążenie było ciężkie, człowiek walczył z myślami i organizmem ;). W końcu po chyba ponad 25 kilometrach przestało padać, ale nawierzchnia i tak była mokra jak i wszystko na mnie… ;-). Rower zajął mi naprawdę sporo czasu, bo 1:34. Na biegu za to….nie miałam czucia w stopach, czułam się jak „robot” , prawa stopa dopiero puściła mi po 1,5 okrążeniu(mieliśmy 3 w  sumie), a lewa później. Ostatecznie na metę dotarłam z czasem 2:56. Czy to satysfakcjonujący wynik? Po takiej przerwie i takich warunkach nie jest źle, jednak widać, że konkurencja jest coraz mocniejsza 😉 (ja zresztą nastawiam się na zawody terenowe, a szosę głównie używam na zawodach tego typu;)). Ciężko powiedzieć jaki byłby wynik, gdyby pogoda bardziej sprzyjała.